sobota, 27 lipca 2013

Rozdział 12 - Adopcja

Szybko przemierzała alejki archiwum w poszukiwaniu odpowiednich ksiąg i zwojów. Czuła jak warstwa kurzu na jej ciele powiększa się z każdą chwilą, chociaż na razie to nie był jej problem.
- Lili! Piąta półka od góry - towarzyszący jej exceed pomagał jej w dostaniu się do wyżej umieszczonych książek.
- Hai! - Kot złapał za ramiona i uniósł do góry na odpowiednią wysokość.
- To już ostatnia! - Ucieszyła się Levi, gdy wreszcie złapała zakurzony przedmiot.
W następnej minucie już biegła do miejsca gdzie leżały stosy książek. Zdziwił ją tylko brak Smoczego Zabójcy, który niestety był w komplecie z exceedem.
- Może już sobie poszedł - Lili podrapał się w głowę i wzleciał trochę wyżej mając nadzieję na znalezienie swojego partnera.
- Nie szukaj go. Na razie nie jest nam potrzebny - McGarden tylko machnęła ręką i podeszła do najbliższego stosu zwojów.
- Właściwie to, czego my szukamy? - Spytał się kot siadając obok dziewczyny.
- Mistrz poprosił mnie o znalezienie wszystkiego na temat niejakich Białych Kluczy. Podobno te informacje mogą być przydatne dla Lu-chan, ale nie wiem, dlaczego - Wyjaśniła rozwijając zwoj.
- A co wiemy o nich na razie? - Dopytywał się.
- Tylko tyle, że istnieją... - Westchnęła ze zrezygnowaniem Levy.
Nie lubiła nie wiedzieć czegoś, co było potrzebne. Znała praktycznie na pamięć treść wszystkich tych książek, ale tylko dziesięć dotyczyło bezpośrednio Gwiezdnej Magii, w czterech opisany był Gwiezdny Świat, a w jednej utworzono podstawowy spis Gwiezdnych Duchów. Niestety zwoje też prawdopodobnie nie były przydatne, bo opisane w nich były tylko zaklęcia, ale mało przydatne i o słabych efektach. Resztę stosów stanowiły księgi o podobnej do reszty treści tylko bardziej ogólnej.
- Ech... To będzie duga noc - jęknęła McGarden biorąc pierwszą z brzegu księgę i siadając wygodniej zabrała się do wertowania zawartości.
Lili nie mając nic lepszego do roboty wzruszył ramionami i sięgnął po leżący najbliżej niego zwój chcąc, chociaż trochę pomóc towarzyszce.
  
----------------------------------------------
 

Biegł przez ulice Magnolii z każdą chwilą przyspieszając coraz bardziej, ale gdy wreszcie dostał się do swojego celu nawet nie miał zadyszki. Ostrożnie dostał się do starego budynku gildii Fairy Tail i natychmiast ruszył w stronę drzwi do archiwum. Na chwilę przystanął i nasłuchiwał, ale z pomieszczenia słychać było jedynie gość głośne chrapanie.
- Gihi - Smoczy Zabójca zachichotał otwierając drzwi i dostając się do pokoju.
Ruszył w stronę skąd rozlegał się niecodzienny dźwięk, ale nie musiał długo szukać, bo prawie od razu zauważył śpiącą postać.
Pomiędzy porozrzucanymi stosami ksiąg i zwojów na boku leżała Levy całkowicie pokryta kurzem. Do piersi delikatnie przytulała dość grubą, skórzaną książę, która już zaczęła jej się wysuwać z rąk. Poczochrane włosy częściowo zasłoniły jej twarz, a wcześniej przytrzymująca je opaska teraz leżała metr dalej. Sukienka jak zwykle w kolorach pamarańczu i bieli poszarzała trochę od warstwy brudu naniesionego z książek. Małe rozdarcie u jej dołu odsłoniło kawałek zgrabnej nogi McGarden przykuwając na chwilę spojrzenie czerwonych oczu. Twarz maginy zdobił delikatny, prawie niewidoczny uśmiech dodając jej uroku i ponownie zatrzymując wzrok Smoczego Zabójcy. Teraz cała jej postać zdawała się emanować niewinnością i bezradnością.
Nic bardziej mylnego.
Ta niepozorna istotka była uparta i potrafiła mieć ognisty charakterek. Zawsze robiła wszystko, co uważała za słuszne i wykorzystywała do tego całe zasoby swojej ogromnej wiedzy. Miała dobrą intuicje, która często ratowała im skóra na wspólnych misjach. Wszystko robiła z niebywałym wdziękiem, którym nieraz imponowała mężczyzną. Gajeel o tym wiedział i niezbyt mu się to podobało. Dużo bardziej zadowoliłaby go myśl, że siedzi bezpieczna w jakiejś bardzo wysokiej wieży, do której tylko on ma dostęp.
Głośniejsze chrapnięcie wtargnęło do myśli, Rexforda a zaraz potem jego policzki przybrały kolor dojrzałego pomidora, gdy zdał sobie sprawę z niedorzecznych myśli o dziewczynie.
Natychmiast przeniósł spojrzenie na Liliego. Exceed wydawał z siebie głośne dźwięki otwierając pyszczek tak szeroko, że zdawał się rozciągać na prawie całą mordkę. Leżał na plecach rozłożony na całej szerokości wielkiego tomu o pożółkłych kartkach.
Teraz Gajeel miał trzy wyjścia.
Pierwszą było obudzić obydwoje i słuchać wrzasków Levy, której miał pomagać oraz chichotu Liliego.
Druga polegała na przywróceniu świadomości tylko kotu i zaniesieniu McGarden do jej pokoju słuchając wymysłów, exceeda na temat ich "związku".
W trzeciej opcji tylko on nie spał i jakimś sposobem przeniósł pozostałą dwójkę do odpowiednich łóżek a potem miał święty spokój przynajmniej do południa.
Pierwsza odpadała natychmiast nawet, jeśli nie obudziłby kota to hałas spowodowany przez dziewczynie zrobiłby to na pewno. Nie miał też ochoty na "rozmowę" ze swoim partnerem, gdy będzie niósł dziewczynę na Wróżkowe Wzgórza. Innymi słowy zostawała mu tylko trzecia opcja, bo zostawienie ich tu samych nawet nie wchodziło w grę.
Z niesamowitą jak na siebie delikatnością przewrócił, Maginie Solidnego Rękopisu na plecy i podszedł do Pantherliliego by po chwili przełożyć go na brzuch dziewczyny. Zadowolony ze swojego pomysłu ostrożnie wziął Levy na ręce i błyskawicznie opuścił stary budynek gildii. Nie uśmiechało mu się by ktoś go zobaczył nawet przez przypadek. Nie lubił plotek i fałszywych oskarżeń. Dlatego też jeszcze bardziej zwiększył tępo biegu. Wróżkowe Wzgórza zobaczył dopiero po pięciu minutach, ale nie dochodziły z niego żadne dźwięki, więc postanowił wziąć to za dobry znak.
- Który pokój należy do tego skrzata - mruknął pod nosem przystając przed budynkiem i podniósł głowę do góry węsząc zapach dziewczyny. Nie żeby ona sama pomagała leżąc mu na rękach, ale w końcu złapał odpowiednio silną woń wydobywającą się z jednego z otwartych okien na piętrze.
- Gihi - znowu mu się wyrwało, gdy pomyślał o awanturze dziewczyny gdyby wiedziała, co chce teraz zrobić.
Odbiegł kilka kroków w tył dla lepszego rozpędu i ruszył do przodu z dużą szybkością by po chwili skoczyć. Co, jak co ale celność miał bardzo dobrą, więc udało mu się na zgiętych nogach miękko wylądować na dywanie w pokoju maginy. Podniósł się powoli i aż zachłysnął, gdy zobaczył zadziwiającą ilości regałów wypchanych po same brzegi i wielu stosów książek, które nawet jego prawie przerastały wysokością albo liczyły w sobie nie mniej niż pięć tomów. Innym słowy pokój był istnym torem przeszkód. Powoli zaczął lawirować między wszelkiego rodzaju papierami próbując nie stracić równowagi. Zajęło mu to parę chwil, ale w końcu dotarł do łóżka McGarden. Ostrożnie ułożył ją na poduszkach, zdjął z jej brzucha exceeda i szybko wydostał się z budynku tą samą drogą, którą tutaj dotarł. Wreszcie mógł z powrotem wrócić do własnego domu i prawdopodobnie przespać cały dzień. Jak zwykle zachichotał tuż przed nagłym zniknięciem w cieniu miasta dzięki ostatnim chwilą przed wschodem słońca.


----------------------------------------------


Mimo wczesnej godziny widać było jak z mieszkania przy ulicy Truskawkowej wyskakuje dwoje magów oraz dwoje exceedów. Towarzyszył temu krzyk "DRZWI" wydobywający się z gardła blondynki, która po chwili wychyliła się z okna. Ludzie z okolicy już byli przyzwyczajeni do takich poranków, więc nawet nagły hałas nie zdołał ich obudzić. Zdenerwowana kobieta jeszcze chwilę patrzyła na znikające sylwetki współczłonków gildii i schowała się z powrotem we wnętrzu domu.
- Jeśli Hitomi przejmie od niego ten zwyczaj to obiecuje, że przed śmiercią będzie torturowany w najstraszliwsze znane ludzkości sposoby a dopiero później pozwolę mu umrzeć - Lucy mruknęła pod nosem wchodząc do łazienki na półgodzinną kąpiel.
Odzyskała jednak humor dzięki gorącej wodzie i kilku kropelką różanego olejku, który został dodany do wody. Po wyjściu z łazienki szybko się ubrała i jeszcze raz sprawdziła czy wszystko spakowała do torebki. Do paska przy spódnicy porządnie przymocowała bat oraz dwa białe klucze, których nie oddała swojej podopiecznej. Po drodze uśmiechnęła się jeszcze do swojego odbicia w lustrze odnotowując, że coraz bardziej przypomina swoją rodzicielkę i opuściła mieszkanie.
Dzień rozpoczynał się wspaniale. Ptaki już od dawna dawały znać o swojej obecności głośnym ćwierkaniem. Po ulicach, co pewien czas przebiegało jakieś bezpańskie zwierze, które pomimo swojego statusu nie było ani wychudzone ani bardzo brudne. W powietrzu unosił się słodki zapach kwitnących kwiatów wymieszany z delikatnym zapachem świeżego pieczywa. Lucy jednak tylko częściowo zdawała sobie sprawę z piękna poranka. Jej myśli ciągle zajmowało dwoje Smoczych Zabójców oraz jej dzisiejsza lista zadań. Najpierw zamierzała odebrać część pieniędzy z banku by móc zapłacić już ostatni raz za czynsz, wykupić dom oraz zakupić trochę mebli. Następnie musiała wrócić do Magnolii i złożyć odpowiednie dokumenty do tamtego urzędu by stać się prawnym opiekunem Hitomi. Heartfilia już kiedyś słyszała jak jej podopieczna mówiła exceedce o swoim braku nazwiska. Pomyśleć, że wystarczyła tylko mała karteczka by rozwiązać ten problem. Zastanawiała się również czy Natsu nie będzie zbyt wymagający na dzisiejszym treningu. Z własnego doświadczenia wiedziała, że był wspaniałym trenerem, ale ona uczyła sie tylko podstaw w przeciwieństwie do Hitomi która musiała poznać wszystkie zaklęcia Smoczych Zabójców.
Lucy była tak zatopiona w swoich myślach, że wszystko robiła automatycznie i nawet nie zauważyła, gdy dojechała, do Acalyphy. Jak zawsze kupiła kwiaty i poszła odwiedzić swoich rodziców.
- Cześć mamo, cześć tato. Tyle się ostatnio wydarzyło! Pamiętacie jak zawsze powtarzaliście, że kiedyś znajdę księcia z bajki, który przybędzie po mnie na białym rumaku? - Brązowooka zachichotała cicho - To muszę wam powiedzieć, że w mojej bajce księżniczka ucieka przed ślubem z takim księciem i to przerośnięta jaszczurka ratuję ją z opresji. Co więcej jest to narwany, nieokrzesany, bezmyślny, bałaganiący i żarłoczny smok, który... - Lucy przymknęła delikatnie oczy i uśmiechnęła się szeroko pokazując swoje szczęście - Który nie zawaha się pomóc swoim przyjaciołom, jest bardzo odważny, a nawet też troskliwy. Bardzo mi pomaga w przygotowaniach do urodzin Hitomi i zawsze mogę na niego liczyć. Ach! Właśnie! Wy nic nie wiecie. Opowiem wam o wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Może zacznę od...
Przez dwie godziny opowiadała o ostatnich wydarzeniach nie pominęła żadnej wątpliwości, pomysłu, chwili smutku czy szczęścia. Przypominało jej to czasy, gdy była mała i często szła "porozmawiać" z rodzicielką. Chętnie przesiedziałaby tak cały dzień, ale czas naglił a przecież musi uporać się ze wszystkim do wieczora. Dalego też pożegnała się z rodzicami i szybkim krokiem ruszyła w stronę banku Gold Coins. Tylko nie przewidziała, że po wejściu zobaczy tam tak potworną rzecz.
- Ktoś tam na górze musi mnie nienawidzić - jęknęła.
Jej twarz przybrała zrozpaczony wyraz, ale tylko zwiesiła głowę i podreptała na koniec jednej z dwóch ogromnych kolejek liczących sobie przynajmniej po trzydzieści osób każda.
- Zapowiada się naprawdę długi dzień - szepnęła do siebie.

 

----------------------------------------------

 
Salamander wbiegł do lasu i rozejrzał się dokładnie. Utwierdzając się w przekonaniu, że biegną dobrą drogą zwolniłby jego mała towarzyszka miała szansę go dogonić.
- Natsu-sensai! Daleko jeszcze? - Spytała się go Hitomi, gdy wreszcie się zrównali.
- Nie, zaraz będziemy na miejscu - Mówiąc to Dragneel uważnie przyjrzał się złotowłosej.
Instynkt podpowiadał mu, że chociaż nie pokazywała jak bardzo jego szaleńcze tempo ją zmęczyło to jednak przydałaby się jej chwila przerwy. Co więcej pomimo zmęczenia nie zwolniła ani razu, ale coraz ciężej łapała oddech.
- Jesteśmy! - Oznajmił w końcu różowowłosy, gdy stanęli przed wielką górą, która z tamtej strony była całkowicie porośnięta bluszczem i mniejszymi krzaczkami.
- To teraz może być chwila odpoczynku? - Sapnęła fioletowooka pochylając się do przodu i podpierając ręce na kolanach.
- Jasne, ale za chwilę znowu ruszamy - powiadomił dziewczynkę Salamander.
Dokładnie po pięciu minutach bezczynnego siedzenia Hitomi dostała polecenie by wstać i zamknąć oczy. Ayame natomiast mała usiąść na głowie złotowłosej i także nie podglądać. Natsu złapał dziewczynkę za rękę i odgarniając gałęzie bluszczu poprowadził ją do jaskini ukrytej w skale. Happy nic nie mówiąc ruszył za nimi, ale co chwila wymieniał podekscytowane spojrzenia z Dragneelem.
- Już możecie otworzyć oczy! - Powiedział wreszcie Salamander, gdy Hitomi zamiast twardej skały poczuła pod nogami miękką trawę.
Młode członkinie gildii aż sapnęły z zachwytu widząc przed sobą piękną dolinką ze wszystkich stron otoczoną wysokimi i stromymi górami. Z południowego wierzchołka skały wydostawał się do niej mały wodospad, którego woda najpierw wpadała do niewielkiego jeziorka by następnie strumykiem przedostawać się na drugi koniec polanki i znikać w jakiejś podziemnej jaskini. Kilka drzew po drugiej stronie strumyka zostały całkowicie obsypane przez różowe i białe kwiatki. Polanka także została udekorowana przez kwiecie we wszystkich odcieniach tęczy tworząc w niektórych miejscach kolorowe plamy. Ponieważ do dolinki bezpośrednio wpadało słońce jakby nie przejmując się istnieniem gór, poprzednio wspomniane drzewa dawały te odrobinkę cienia, w którym można by było odpocząć. Jednak najbardziej zaciekawił ją sporej wielkości kamień stojący po drugiej stronie polany naprzeciwko tunelu, którym tu weszli. Zdobiły go bardzo liczne, ale drobne pęknięcie powstałe prawdopodobnie po uderzeniach pięścią.
- Widzisz tamten kamyk? Masz go walnąć tak mocno, aby powstało zagłębienie - Salamander z szerokim uśmiechem pociągnął Hitomi do przodu i przeskakując z nią przez rzekę stanął naprzeciwko poprzedniego obiektu zainteresowania młodej maginy.
- Nie! Nie chcę połamać sobie kości! - Dziewczynka szybko zrobiła krok w tył.
- Nie połamiesz. Wystarczy w niego tylko wystarczająco mocno uderzyć! O tak! - Zademonstrował zapalając swoją pięść i dość delikatnie jak na niego uderzając w skałę.
- No dobrze - po chwili wahania fioletowooka w końcu mruknęła cicho pod nosem i zamachnęła się, aby wykonać polecenie.
- Hej! Czekaj! Najpierw otocz rękę magią! - Dragneel w ostatniej chwili złapał swoją uczennice za ramię nie pozwalając rzeczywiście na pewne połamanie kości w tym wypadku.
- Jak to zrobić? - Smocza Zabójczyni spojrzała z zaciekawienie ma swojego mentora.
- No tak po prostu. Ech... Na razie lepiej pokaz mi, co już umiesz, a później zajmiemy się resztą - zdecydował szybko chłopak mając pewne doświadczenie z czasu, gdy szkolił Lucy w walce wręcz.
Salamander cofnął się o krok, zdjął plecak wypchany jedzeniem i usiadł opierając się o głaz widocznie nie zamierzając się z stamtąd ruszyć. Hitomi w podskokach natomiast pobiegła na środek polany. Kątem okaz zauważyła, że exceedy nadal stoją przy wejściu do jaskini. Happy coś mówił zawzięcie gestykulując a Ayame, co jakiś czas przytaknęła lub zadała pytanie. Smocza Zabójczyni mogła, więc bez przeszkód wykonać swój najpotężniejszy atak.
Dragneel przyglądał się jak dziewczynka zaciska dłonie i odchyla głowę do tyłu.
- Ryk Gwiezdnego Smoka!
W stronę nieba wystrzelił promień światła, ale atak nie był na tyle silny by mógł go zobaczyć ktoś znajdujący się poza dolinką. Natsu jednak zdawał sobie sprawę, że w tym wieku Hitomi nie byłaby w stanie dużo bardziej wzmocnić siłę zaklęcia.
- Gwiezdny Bicz! - Dziewczynka przeszła do kolejnego ataku nie czekając na polecenie swojego mentora.
Wiązka złotego światła pojawiła się w prawej ręce fioletowookiej. Smocza Zabójczyni zamachnęła się i z psotnym błyskiem w oku posłała linę w stronę Happiego. Promień Gwiezdnej Energii oplótł zaskoczonego kota. Złotowłosa jednym szarpnięciem uniosła exceeda do góry i sprowadziła do siebie.
- Mam się Happy! - Wykrzyknęła Hitomi łapiąc Przewyższającego i wyplątując go ze złotej liny.
- Jeśli chcesz ćwiczyć to może następnym razem złap jakąś rybkę? - Zaproponował kot i używając Aery wrócił do śmiejącej się Ayame.
Fioletowooka z uśmiechem popatrzyła na swoją przyjaciółkę, która po kilku kolejnych słowach partnera Salamandra z głośnym "Aye" wzbiła się w powietrze. Z cichym westchnieniem dziewczynka odwróciła się z powrotem w stronę swojego sensei'a.
- Natsu-sensai! - Złotowłosa podbiegła do Salamandra - Musisz mnie teraz zaatakować!
- Co? Dlaczego? -  Dragneel przekrzywił lekko głowę i z zainteresowaniem spojrzał na swoją małą uczennice.
- Bo znam jeszcze tylko zaklęcie tarczy, ale do tej pory użyłam go tylko raz...
- Nie przejmuj się tylko pokaż, co potrafisz! - Przerwał jej różowowłosy i z szerokim uśmiechem podpalił swoją dłoń.
- H-hai! - Smocza Zabójczyni z lekką obawą spojrzała na płomień, ale zaraz potem zacisnęła dłonie w pięści i odzyskała poprzednią pewność siebie.
- Gwiezdna Tarcza!
Gdy Hitomi walczyła z Kaze jej tarcza była bardzo mała i dziewczynka ledwo mogła w niej przykucnąć, ale tym razem kopuła musiała być większa i wytrzymalsza. Ataki Salamandra to nie przelewki. Chciała... Nie! Musiała mu pokazać, że nadaje się na jego uczennice.
Złote światło wypłynęło z jej ciała i po chwili została przez niezasłonięta. Natsu usunął ogień z dłoni i zabrał się do oceniania siły zaklęcia uczennicy. Kopuła mierzyła Dragneelowi trochę powyżej pasa, więc z łatwością mógł jej się przyjrzeć. Obszedł schron dziewczynki dookoła szukając, chociaż minimalnych luk w obronie. Gdy owych nie znalazł mruknął z aprobatą.  Zaraz potem popukał delikatnie to z jednej trony to z drugiej. Tarcza wydawała się chłopakowi dość twarda. Nie chciał zrobić przez przypadek krzywdy Hitomi, więc na razie bez magii delikatnie uderzył w złotą kopułę. Wytrzymała. Użył, więc dużo więcej siły. W magicznej obronie pojawiło się kilkadziesiąt cieniutkich, ale długich rys. Uszkodzenia jednak szybko zostały naprawione, co nie uszło uwadze Salamandra. Postanowił, więc pójść na całość i ponownie podpalił pięść.
- Hitomi!
- Co się stało Natsu-sensai?
- Lepiej ukucnij.
- Co?!
Dziewczynka pomimo swojego pytania prawie od razu rzuciła się na ziemię i zasłoniła głowę rękami. Uwielbiała, co prawda Dragneela, ale już dość nasłuchała się sie o jego... Niecodziennych pomysłach. Dobrze zrobiła, że skuliła się aż tak bardzo, bo po chwili w miejscu gdzie wcześniej była jej głowa teraz pojawiła się płonąca dłoń. Wokół dziury, którą Smoczy Zabójcza zrobił w kopule zaczęły robić się pęknięcia i nie minęły nawet dwie sekundy, gdy cała jej magia rozsypała się i znikła.
- Będzie... Hej! Czekaj! Czy ty płaczesz?! - Chłopak doskoczył i przykucnął przy złotowłosej, która widząc słabość swojego zaklęcia skuliła się jeszcze bardziej cicho pochlipując.
-Trafiłem w ciebie? Ale przecież w nic nie trafiłem! Hitomi no powiedz coś! - Pomimo starań Salamandra fioletowooka nie przestawała płakać a wręcz zwiększyła tylko intensywność wypływających łez.
- Już wiem! Zabiorę cię do szpitala! - Podniósł się, zacisnął pięści i przybrał minę jakby szedł na wojnę. Nie trwało to jednak długo, bo chwilę później opadł obok dziewczynki trzęsąc się a wokół niego pojawiła się czarna aura.
- L-Lucy mnie zabije - wyjąkał łapiąc się za głowę i prawie samemu zaczynając płakać.
- Dlaczego mama miałaby cię zabijać? - Złotowłosa momentalnie umilkła i zaczerwienionymi oczami popatrzyła na Salamandra jak na jakiegoś idiotę.
- Za mocno zaatakowałem i na pewno zrobiłem ci dużą krzywdę i... NIC CI NIE JEST!!! - Rozradowany Natsu złapał dziewczynkę w niedźwiedzi uścisk prawie ją dusząc.
- SENSAI! PUŚĆ!!!
Hitomi dzielnie próbowała się wydostać z morderczych ramion Dragneela, ale na próbach się skończyło. Chyba nic na świecie nie byłoby w stanie zmusić Salamandra do poluzowania uścisku. Na szczęście przez tą szamotaninę udało jej się, chociaż ułożyć wygodnie. Uścisk Salamandra teraz dawał jej poczucie bezpieczeństwa, które do tej pory kojarzyło jej się tylko z Lucy.
- Sensai, wracajmy do treningów - mruknęła dziewczynka, chociaż nie miała na to aż tak wielkiej ochoty.
- Dobra! Zaczniemy od wzmocnienia twojej tarczy! - Wykrzyknął Salamander z wielkim uśmiechem na ustach wypuszczając ją z uścisku.
-Hai!
Niedługo potem pojawiły się exceedy, które trenowały zwinność w lesie za górami otaczającymi dolinkę. Ayame wyczerpała całą moc, więc Happy postanowił, że zrobią sobie chwilę przerwy. Koty przyglądały się treningowi swoich Smoczych Zabójcom, ale gdy tylko exceedka wypoczęła trochę oni również powrócili do swojego zajęcia.
Magowie trenowali cały dzień robiąc sobie tylko kilka przerw na jedzenie. Z dolinki wyszli dopiero pod koniec dnia, gdy słońce zaczęło już zachodzić.

 
----------------------------------------------

 
Gorące krople wody uderzały o jej chłodną skórę. Odchyliła głowę do tyłu pozwalając, aby strumień lecący z prysznica mógł zmoczyć także jej niebieskie włosy. Sięgnęła po swoje ulubione mydło i powoli zaczęła oczyszczać swoją skórę z kurzu. Delikatny zapach pomarańczy rozniósł się po szklanej kabinie a dziewczyna mimowolnie się uśmiechnęła. Po usunięciu już całego brudu zmieniła mydło na szampon. Niespiesznie błądziła rękami po swoich włosach nanosząc na nie płyn i delektowała się aromatem grejpfruta, który szybko połączył się z jeszcze unoszącą się wonią pomarańczy. Powtórzyła czynność jeszcze trzy razy upewniwszy się o czystości swoich włosów.
Przez dopiero, co otwarte drzwi wyleciały wielkie kłęby pary utrudniając widoczność szczupłej sylwetki dziewczyny wychodzącej z kabiny. Czując chłodniejszy podmuch na skórze zadrżała. Szybko sięgnęła po błękitny ręcznik ozdobiony muszelkami wyszytymi pomarańczową i białą nitką. Po owinięciu się przedmiotem na bosaka przebiegła po wyłożonej zimnym płytkami łazience a następnie po puchatym dywanie położonym w holu.  Drzwi cicho skrzypnęły a potem zamknęły się z głośnym trzaskiem, gdy weszła do swojego pokoju.  
- Gdzie jest moja opaska? - Mruknęła do siebie rozglądając się za zagubioną ozdobą do włosów i przegrzebując stosy różnych rzeczy.
Levy McGarden obudziła się dzisiaj w południe w swoim łóżku całkowicie okryta kurzem, bez swojej ulubionej bandamy (która była po prostu przez wszystkich nazywana opaską) oraz z brakiem wspomnień o swoim powrocie do domu.
- Ech! - Westchnęła wreszcie godząc się z myślą, że zgubiła ozdobę do włosów.
Wytarła się porządnie i bez większego entuzjazmu założyła swoją pomarańczowo-białą sukienkę. Rozczesała szczotką włosy i chciała już wyjść do gildii, ale jej żołądek mruknął mając inny pomysł. Zaśmiała się cicho, założyła buty a potem wyszła z pokoju kierując swoje kroki w stronę kuchni. Każdy nawet najcichszy dźwięk niósł się echem po pustym akademiku. Levy nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się a budynek po chwili odpowiedział tym samym zwielokrotniając siłę jej głosu.
Wchodząc do kuchni jeszcze słyszała radosny dźwięk. Z głupim uśmiechem wyciągnęła składniki do zrobienia kanapek i zabrała się do pracy. Gdy wreszcie usiadła przy stole i zaczęła jeść jedzenie, jej myśli powędrowały do wspomnień z wczorajszej nocy.
W jej umyśle pojawiały się jakieś niejasne obrazy.
Cień pada na jej twarz a kątem oka jakiś niewyraźny zarys postaci, który idzie w stronę gdzie ostatni raz widziała śpiącego Liliego.
Jest jej wygodnie.  Czuje coś ciepłego na plecach i w zgięciu kolan. Coś dość lekkiego leży jej na brzuchu.
Wydaje jej się, że leci, ale po chwili wszystko ustaje i wyczuwa tylko zapach starych książek.
Nadal nic nie mówiły jej wspomnienia, które siłą wydarła ze swojej podświadomości. Westchnęła, gdy skończyła posiłek i posprzątała po sobie w kuchni. Wreszcie ruszyła w stronę wyjścia z akademika a potem ruszyła prosto do gildii.
 

----------------------------------------------

 
- Przystanek Magnolia! - Wrzasnął jakiś pracownik i tłum zaczął przeciskać się w stronę wyjścia z pociągu.
Lucy poczekała aż większość osób wyjdzie i sama wstała z siedzenia. Idąc za tłumem wyszła wreszcie na ulice Magnolii i skierowała się w stronę ratusza.
Duża suma pieniędzy już spoczywała w jej torebce, więc jeśli dopisze jej szczęście będzie mogła wrócić do domu dużo wcześniej niż planowała. Postanowiła, że skorzysta też z okazji i od razu zapłaci Właścicielce za czynsz i dom. Lucy musiała przyznać, że był to dość kusząca wizja, dzięki której z uśmiechem weszła do budynku.
- Dzień dobry! Była pani umówiona na spotkanie czy chce pani dopiero do zrobić? - Zaświergotała sekretarka, gdy tylko magini pojawiła się w polu jej widzenia.
Dziewczyna przy biurku musiała być w tym samym wieku, co Heartfilia lub niewiele od niej starsza. Złocistorude loki opadały jej na ramiona a błękitne oczy błyszczały entuzjazmem. Szeroki uśmiech na idealnej twarzy nadawał jej wygląd anielicy, który musiał sprawiać, że mężczyzną miękły kolana. Biała bluzka z dużym dekoltem nie ukrywała szczodrych darów natury. Spod czarnej i prostej spódnicy wystawała para długich nóg zakończonych czarnymi szpilkami na wysokim obcasie.
- Dzień dobry. Tak, byłam umówiona z panią Yamamoto w sprawie adopcji.
- Och! A pani mąż nie przyszedł? - Lucy nieufnie spojrzała na pytającą ją kobietę, której oczy przybrały dziwny wyraz. Dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, co powiedzieć, ale w końcu postawiła na prawdę.
- Ja nie mam męża... To chyba nie problem? - Zaniepokoiła się brązowooka.
- Ależ skąd! Pani Yamamoto czeka na panią na drugim piętrze w pokoju 34 - niebieskooka posłała magini tak promienny uśmiech, że dziewczyna poczuła dziwny niepokój.
- Dziękuje - blondynka, czym prędzej pognała na górę nadal czując na sobie niepokojące ją spojrzenie sekretarki.
Nie trudno było znaleźć wskazane wcześniej pomieszczenie. Na drzwiach znajdujących się tuż przy schodach były przyczepione ogromne, złocone cyfry 34 a nad nimi widniało nazwisko kobiety zajmującej się adopcjami.
Magini zapukała dość głośno do pokoju i poczekała na jeszcze głośniejsze "proszę".
- Dzień dobry. Nazywam się Lucy Heartfilia i...
- Dzień dobry! Proszę siadać! - Starsza kobieta siedząca z biurkiem machnęła w kierunku krzesła na przeciwko siebie.
Urzędniczka musiała mieć ponad pięćdziesiąt lat. W jej brązowych włosach spiętych w kok pojawiła się siwizna. W kącikach piwnych oczu pokazały się zmarszczki, ale to dodało jej tylko uroku, który posiadają miłe, starsze panie z sąsiedztwa. Biała bluzka z długim rękawem i czarne długie spodnie w przeciwieństwie do ubrania sekretarki nie odsłaniały nadmiernej ilości ciała. Innymi słowy była to typowa kobieta mająca za jakiś czas iść na emeryturę.
- To możemy już przejść do podpisywania papierków? - Na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech.
- Ale przecie nie było żadnego sprawdzenia czy się nadaje i... - Zaczęła Lucy marszcząc brwi.
- Już to zrobiliśmy. Słyszała pani kiedyś o takiej pracy jak mag-szpieg?
- Nie.
- Mag-szpiedzy pracują zwykle w ważniejszych urzędach, ale nie tylko - starsza kobieta zamilkła na chwilę, ale w końcu się lekko skrzywiła - Jeszcze się nawet nie przedstawiłam. Jestem Ikomi Yamamoto - mag-szpieg - na ustach piwnookiej znowu pojawił się piękny uśmiech.
- Mam rozumieć, że już zdążyła mnie pani sprawdzić?
- Tym właśnie się zajmuje. Już od trzydziestu dwóch lat czytam myśli ludzi i sprawdzam ich intencje względem dziecka żeby mieć pewność, że trafiło ono w dobre ręce.
- Soka...
- Więc może przejdziemy wreszcie do podpisywania dokumentów... Trochę tego jest - Mag-szpieg wskazała na stos kartek, które leżały obok biurka.
- Tak, zróbmy to jak najszybciej - Heartfilia z niechęcią spojrzała na papier zapisany drobnym druczkiem.

 
----------------------------------------------

 
Levy już otwierała usta, aby głośno przywitać się z przyjaciółmi z gildii, gdy spostrzegła, że w jej stronę z zawrotną szybkością kieruję się kawałek stołka. Z cichym krzykiem rzuciła się na podłogę, ale nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. Niebieskowłosa podniosła się równie szybko, co opadła i szybko przemknęła w stronę baru.
- Ohayo Levy! - Tym razem za barem zamiast Miry stała Lisanna.
- Ohayo! Gdzie jest reszta?
McGarden miała na myśli inne dziewczyny, bo oprócz ich dwóch w gildii byli sami mężczyźni aktualnie bijący sie po całym pomieszczeniu.
- Mira jakąś godzinę temu poprosiła mnie o zastępstwo w barze i wyszła z gildii...
- A Erza ruszyła za nią w towarzystwie reszty - domyśliła się Levy.
- Dokładnie!
Maginie zaśmiały się cicho nad losem biednej użytkowniczki Duszy Szatana. Nie trwało to długo, bo Strauss nagle szerzej otworzyła oczy, pisnęła i silnym szarpnięciem pociągnęła McGarden na ladę. Sekundę później w miejscu gdzie przed chwilą stał mag Solidnego Rękopisu, roztrzaskał się ogromny stół.
- Aj! - Brązowooka potarła zaczerwienione miejsce na ramieniu i skrzywiła się czując ból w miejscu gdzie zacisnęła się dłoń jej rozmówczyni.
- Przepraszam. Nie zdążyłabym cię ostrzec - Niebieskooka ze zmartwieniem popatrzyła się w to samo miejsce gdzie spoczął wzrok niebieskowłosej.
- Nie martw się. Przecież nic się nie stało a właściwie gdybyś tego nie zrobiła skończyłabym w dużo gorszym stanie - Levy drugą ręką wskazała na resztki stołu.
Lisanna już zamierzała coś powiedzieć, ale obok nich z głośnym jękiem wylądowała jakaś postać. W pierwszej chwili obydwie pomyślały, że to Cana przez jej długie, ciemne, falowane włosy, które na chwilę przysłoniły się twarz nowoprzybyłej.
- Ohayo Levy, Lisanna! - Dziewczyna rozwiała ich przypuszczenia patrząc na nie swoimi soczysto zielonymi oczami.
- Ohayo Yoshi! Coś długo cię nie było! - Strauss oparła się plecami o bar i odwróciła głowę w stronę koleżanek.
- Właściwie nikt cię nie widział od czasu tej... - McGarden przerwała w połowie zdania patrząc ze strachem na Raito i szukając na jej twarz śladów złości przez przypomnienie jej o niedawnej awanturze.
- Tej akcji młodych, zgada się? - Dziewczyna jednak z szerokim uśmiechem dokończyła wypowiedź niebieskowłosej.
- No... Tak... - Schyliła głowę speszona, gdy jej towarzyszki głośno się roześmiały.
- A! Właśnie mi się przypomniało, że ty ciągle nie masz znaku gildii! - Białowłosa nagle przerwała śmiech.
- Nikt wam nie mówił? Ja i Kaze już dostaliśmy znak gildii - brązowowłosa pokazała lewe udo, na którym dumnie widniał zielony znak Fairy Tail.
- Kiedy...? - Zaczęła niebieskooka, ale Yoshi przerwała jej machnięciem ręki.
- Następnego dnia zaraz po naszym pastwieniu się nad młodymi. Z samego rana zabrałam tego mojego narwańca do gildii i zaraz potem, gdy Mira przybiła nam znak, wybraliśmy się na misje.
- A właściwie gdzie on jest? - Levy delikatnie wystawiła głowę nad ladę baru i ostrożnie rozejrzała się sie po wnętrzu gildii.
- Rozmawia z Romeo - Raito podniosła się na wysokość Maga Solidnego Rękopisu i wskazała przeciwległy kąt budynku gdzie wspomniani chłopcy zawzięcie nad czymś dyskutowali.
- Padnij! - McGarden chwilę później przygwoździła zielonooką do podłogi chroniąc ją przed butelka, która poleciała prosto na ścianę i roztrzaskała się na drobne kawałeczki.
- Dzięki ale teraz to już przesadzili - Yoshi zdjęła z siebie dziewczynę i uklękła.
Dłonie ze złożonymi palcami położyła jedną na drugą, wyprostowała się jak struna i zamknęła oczy.
- Kamienne gałęzie - wyszeptała wypuszczając z siebie strumień magii, który od jej złączonych dłoni pomknął w stronę pola bitwy magów.
Przez chwilę nic się nie działo, ale zaraz potem nie minęło nawet kilka sekund a wszyscy walczący faceci zostali oplecieni przez prawie niezniszczalne grube liny zrobione ze skały.  Kamień swoim nagłym pojawieniem się nawet nie zniszczył podłogi a przeniknął przez wszystkie szpary, jakie się w niej znajdowały.
- Teraz słuchać głąby! - Yoshi wspięła się na bar i stanęła na rozstawionych nogach podpierając ręce na biodrach - Zobaczcie, do jakiego stanu doprowadziliście gildię! Bieżcie się do sprzątania w tej chwili!
- A ty?
- Jesteś Gray, nie?  W każdym razie ja postaram się nie powiedzieć Erzie, co zrobiliście z jej ciastem - dziewczyna wskazała na jakąś jasną maź wśród resztek talerza.
Cała męska część gildii powyżej czternastego roku życia uwolniona od czaru Raito rzuciła się do sprzątania. Kaze i Romeo natomiast spokojnie podeszli do żeńskiego grona Fairy Tail. Cała piątka usadowiła się na barze.
- Ładnie ich załatwiłaś siostrzyczko - Kaze wyszczerzył się w stronę dziewczyny.
- Właściwie, co to było za zaklęcie? - Zainteresował się Romeo.
- Tylko takie słabsze zaklęcie zatrzymujące.
- Opowiesz coś o swojej magii? - Spytała się Lisanna.
- Naprawdę chcecie?
Czwórka magów przytaknęła, więc z grubsza wymieniła znane jej zaklęcia, efekt, jaki dają po użyciu i przydatne zastosowania w codziennym życiu. Potem to samo zrobiła reszta i cała piątka wdała się w dyskusje na temat umiejętności innych członków Fairy Tail i ich zastosowaniu, na co dzień.

 
----------------------------------------------

 
- Dobrze skończyłyśmy! - Zawołała wesoło urzędniczka odkładając ostatnią podpisaną kartkę na sporych rozmiarów stos.
- Całe szczęście! - Jęknęła Lucy.
- Więc gratuluje! Od dzisiaj jest pani matką Hitomi Heartfilii! -  Kobiecina wyciągnęła rękę w stronę maginy.
- Dziękuje! - Blondynka uścisnęła radośnie wyciągniętą dłoń.


 

~~~~~~*~~~~~~*~~~~~~*~~~~~~*~~~~~~*~~~~~~*~~~~~~

 
No miśki moje! Troszeńkę się spóźniłam ale za to macie rozdział który zajął ponad dziewięć stron w Wordzie. Mam nadzieję że się nie gniewacie.
Nie jestem zbytnio zadowolona z końcówki ale nic innego nie wymyśle.
Pozdrawiam
Ani-chan

5 komentarzy:

  1. Świetny rozdział kochana! Lucy mamusią, po prostu świetnie xDD Myślałam , że padnę jak Natsu zaczął panikować, że Lucy go zabije xD Nie sądziłam, że aż tak bardzo się jej boi ale w sumie ma racje. Zła Lucy to straszna Lucy xD haha xD Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział < 3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiem, że to mój pierwszy komentarz i do tego taki noo... ale pozwolisz, że Cię znominuję?

    http://nalu4ever.blogspot.com/2013/08/liebster-award-3.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Nominowałam Cię do nagrody Liebster Award. Więcej u mnie w zakładce "Nominacje"

    OdpowiedzUsuń
  4. Fantastique!!! Adopcja, trening i w ogóle :D

    OdpowiedzUsuń